Dziś znajomy zapytał mnie czy wierzę w przeznaczenie. Pytanie to w kontekście sama-nie-wiem-czego padło w ramach rozmowy o moim jutrzejszym egzaminie z filozofii, który zresztą mnie przerasta.
W zasadzie to dawno nie słyszałam takich pytań, co z resztą w oczywisty sposób łączy się z faktem, że dawno nie byłam na żadnej randce ani innej sytuacji damsko-męskiej, w której słuch się cudownych frazesów i banałów.
Owo pytanie spowodowało we mnie odruch myślenia o przeznaczeniu, a tym samym i mężczyznach, gdyż jedno z drugim wiąże się dla mnie w oczywisty sposób. Odpowiedziałam z resztą może nie nazbyt mądrze, że wierzę w pewną mieszaninę przypadku i przeznaczenia, gdyż jeśli założymy, że jest tylko jedno z nich to znaczy, że na nic nie mamy wpływu, a i sama idea wolnej woli idzie wtedy w diabły.
To jednak mu nie wystarczyło i w konsekwencji naszej dalszej dziwacznej konwersacji dotarliśmy do tego co sądzę o facetach. Tym razem jednak mój rozmówca musiał obejść się smakiem, gdyż postanowiłam nie wprowadzać go w skomplikowane arkana mojej teorii na temat mężczyzn a tym samym odstraszyć definitywnie od kontaktów z moją osobą.
O facetach myślę, że najcudowniejsze i zarazem najgorsze w nich jest to, że kompletnie nie rozumieją kobiet. I że bywają aniołami i skurwysynami w tej samej minucie. I jeszcze, że kocham w nich i nienawidzę to samo tyle że w różnych egzemplarzach w różnych proporcjach. Bo jak zdefiniować w jednym zdaniu coś tak fascynującego jak facet?